Biz idea validation
A więc co robić kiedy nagle i niespodziewanie najdzie mnie „genialny pomysł na nowy biznes”? Poniżej znajdziecie kilka moich (prymitywnych, banalnych wręcz, ale skutecznych i pozwalających na szybką weryfikację założeń) metod jakimi się posługuję prze ewaluacji tworzonych przeze mnie projektów:
Wrzucam go do zamrażarki (koszt 0 zł) – nie wiem dlaczego, ale większość moich pomysłów ZAWSZE wydaje mi się genialna, cudowna, przełomowa i pachnąca miliardami dolarów (też tak macie?). Jak najprościej sprawdzić czy dany pomysł nie jest jednak wytworem chwilowej euforii? Po prostu opisuję go bardzo skrótowo (korzystam z windowsowego Notatnika żeby nie rozpraszać się mnogością funkcji i dbaniem o fonty) i wrzucam do nowego folderu „ POMYSŁY 20XX”. Czekam tydzień czasu i wracam do folderu. Jeśli nadal wydaje mi się „rewolucyjny” wtedy zmieniam jego status (przerzucając go z folderu „TAKIE SOBIE POMYSŁY” do „CIEKAWE POMYSŁY”). Taką „próbę mrozu” wytrzymuje może 30% moich pomysłów.
Robię porządny research (koszt 0 zł) – Najczęstszy błąd jaki można popełnić to jest stwierdzenie „nikt na coś takiego nie wpadł przede mną”. C’mon. Obecnie na planecie Ziemia żyje 7,9 mld ludzi. Serio uważasz, że NIKT posiadający tę samą wiedzę, możliwości, dostęp do danych nie wpadł na taki pomysł? Istnieje możliwość, że ktoś wcześniej analizował taki projekt, ale nie znalazł w nim wartości biznesowej albo „excel nie spiął się” i pomysł porzucono. Jak zrobić odpowiedni research? Poszukaj w Google Trends, sprawdź fora dyskusyjne (np. Reddit), oczywiście skorzystaj z wyszukiwarki Google ale postaraj się sprawdzać oprócz tekstu grafiki, poszukaj w podcastach, eksperymentuj z językami (angielski jest oczywiście podstawą, ale przełącz się również na niemiecki, hiszpański czy rosyjski – wyniki będą różne!).
Pytam się mądrzejszych ode mnie (koszt 0 zł) – korzystam z mojego networku kontaktów wypracowanego latami (tak, dokładnie dlatego opłaca się jeździć na konferencje, spotykać ludzi, organizować eventy branżowe). Dzięki temu bez żadnego problemu mogę dotrzeć w zasadzie do każdej osoby w dowolnej firmie, która mnie interesuje. A co jeśli na Facebooku czy Linkedin nie znajdę takiej osoby? Wtedy korzystam z programu do „zgadywania” adresów email (korzystam z Hunter) i próbuję „na zimno” wysłać maila do danej osoby. Czasami przydatne sa też serwisy z wywiadami z przedsiębiorcami – polecam szczególnie IndieHackers. Jeśli czuję, że temat naprawdę jest duży to biorę triala linkedinowego Sales Navigatora, za pomocą którego mogę dotrzeć do dowolnej osoby na tej platformie. Czy to działa? Tak. Miałem okazję porozmawiać w sprawie sprzedaży praw do zdjęć dla Astrography.com z ludźmi ze SpaceX, których wcześniej nie miałem okazji poznać.
Robię bardzo prostego Excela (koszt 0 zł) – ale takiego naprawdę prostego. Interesują mnie trzy tabele: koszta / przychody / zysk. Majac z tyłu głowy podstawowe dane (np. średnia konwersja w e-commerce jest na poziomie około 1%) mogę zacząć manipulować liczbami. Chcę szybko uzyskać odpowiedź na pytanie: ile teoretycznie muszę wydać na reklamę żeby zdobyć odpowiednią ilość klientów, którzy zostawią u mnie X swoich pieniędzy? Jakiego typu koszta miesięczne poniosę? Na jaki zysk mogę liczyć? Dążę do tego aby mój ROAS (czyli przychód z reklamy / koszt reklamy *100 lub po prostu przychód/koszt) był na poziomie minimalnie 2,5:1 albo 3:1 (3 zł przychodu na każde 1 zł wydane). Oczywiście – są branże w których ROAS różni się znacząco, ale przyjmuje się, że wszystko powyżej ROAS 4:1 jest bardzo dobrym osiągnięciem.
Kupuję domenę (koszt 14.95 zł - 39.95 zł za rok) – nie staram się trafić „tej jednej, jedynej”. Wychodzę z założenia, że większość „oczywistych” domen jest już zajętych (nawet z bardzo egzotycznymi końcówkami) i stracę mnóstwo czasu na takie poszukiwania. Szukam nazwy domeny, która mniej więcej oddaje charakter projektu. I tyle. Jeśli wszystko wyjdzie tak jak zaplanowałem to znajdą się środki na odkupienie lepszej, docelowej domeny. Jeśli projekt okaże się porażka, no to cóż – przeżyję wydatek kilkudziesięciu złotych. Mam zakupionych kilkadziesiąt domen „na wszelki wypadek” i czasami udaje mi się je sprzedać zarabiając całkiem nieźle na tym.
Stawiam prostą stronę WWW z formularzem (koszt 76 zł za rok) – ja do tego celu używam generatora stron Carrd.co. Banalnie prosta obsługa, intuicyjny interfejs i możliwość spięcia formularza zbierającego dane z Mailchimpem (nie muscie wykupować wersji płatnej – wystarczy wersja darmowa). Przykład takiej szybkiej i prostej strony służącej do weryfikacji pomysłu oraz łapania emaili potencjalnych klientów znajdziesz tutaj. Strona powstała w 15 minut. Jeśli jeszcze wepniesz kod Google Analytics to w dodatku zaczynasz zbierać bardzo ciekawe informacje jak użytkownicy trafili na twoją stronę.
Wykupuję reklamę (koszt 100-500 zł) – mogę oczywiście wykorzystać swoje zasięgi w mediach społecznościowych (i często tak robię oszczędzając tym samym na wydatkach reklamowych), ale chcę poznać opinię ludzi, którzy są poza moją „bańką” społecznościową. Interfejsy wszystkich narzędzi są podobnie straszne skomplikowane więc polecam na samym początku po prostu promować swoje posty (wiem, specjaliści od Facebooka załamią teraz ręce) albo szybko zaznajomić się z panelem reklamowym i wyklikać najprostszą reklamę. Oczywiście – budżet na poziomie 500 zł jest absurdalnie mały jak na taki test ale z drugiej strony jeśli twój pomysł naprawdę jest „hot” to możesz dzięki prostemu targetowaniu trafić na odpowiednich użytkowników i zachęcić ich do przejścia na twoją stronę z formularzem.
Newsletter (koszt 0 zł) - efekt w postaci zdobycia czyjegoś emaila nie jest oczywiście tożsamy z „zakupem” finałowej usługi, ale taki test może nam dać odpowiedź na proste pytanie – czy mój produkt jest interesujący? Zdobyte adresy email możesz podłączyć do newslettera (polecam darmowego Revue) i co pewien czas słać „złowionym” wcześniej adresatom ciekawe treści, budując z nimi relacje. W takich newsletterach możesz zamieszczać ankiety, prosić o więcej szczegółów dotyczących potrzeb i oczekiwań klientów.
Social Media (koszt 0zł) – w wypadku anglojęzycznego internauty najlepszym ruchem jest założenie konta na Twitterze i stanie się aktywnym komentatorem np. na Reddit (czasami Quora). Pomagą na pewno dobrze zrobione bio i opis na twoim profilu Linkedin (ważne żeby był związany z aktualnym projektem). Możesz odpuścić sobie profil na Facebooku – przy aktualnej polityce tej firmy to będzie martwe miejsce bez regularnego podlewania kasą na reklamę. Nie umiesz pisać tekstów po angielsku? Zerknij na Copy AI – to narzędzie pozwoli ci stworzyć dowolne teksty . Chcesz nagrać wideo z wyjaśnieniem funkcji twojego serwisu? Skorzystaj z Loom – proste narzędzie do nagrania szybkiego filmiku. Masz dwie lewe ręce jeśli chodzi o grafikę? Nie ma sprawy – Canva wspomoże cię i dostarczy szablony, animacje i graficzne gotowce.
Konwertuję (koszt prowizja od transakcji) – jeśli widzę, że projekt naprawdę jest ciekawy, dostaję masę pytań i widzę w różnych metrykach zainteresowanie zakupem to decyduję się na ostateczny test czyli „głosowanie portfelem”. Do tego celu można wykorzystać Gumroad albo Easycart (idealny dla transakcji w Polsce). Kosztem jest opłata prowizji od przeprowadzonych transakcji. Po okresie około 2-3 miesiące czasu mam już mniej więcej wyrobione zdanie i wstępnie zweryfikowane założenia. W tym czasie powinienem zdobyć pierwszych obserwatorów i komentatorów oraz pierwszych klientów. Te projekty, które przy tak niskich inwestycjach finansowych wykazują potencjał kwalifikuję do kolejnego etapu w którym szukam większego budżetu, szukam partnerów i buduję kolejne założenia – tym razem już bardziej przypominające klasyczny proces tworzenia projektu biznesowego.
Czy takie boostrapowanie ma sens? W moim wypadku sprawdza się ponieważ zdecydowana większość moich pomysłów opiera się o internet. Dzięki takiemu podejściu poświęcam mało środków na zwalidowanie postawionych tez i w okresie kilku miesięcy mogę jasno określić potencjał mojego „wielkiego biznesu”.
Efekt? Około 90% tak inkubowanych pomysłów ląduje w koszu. Bezpiecznie i bez żalu żegnam się z tymi wszystkimi moimi „snami o potędze”. A jednocześnie nie mam pretensji do siebie, że nie spróbowałem.